Ale ja nie mam czasu na trening!

Często tak czujecie? Ja często słyszę podobne stwierdzenia kobiet, które bardzo chciałyby chodzić na moje czy jakiekolwiek zajęcia chociaż raz w tygodniu, jednak obowiązki im na to nie pozwalają. Rozumiem – sama jestem mamą dwójki dzieci i wiem, jak wygląda dzień kogoś na etacie i związana z domem logistyka. W takich wypadkach staram się zawsze uświadamiać, że trening to nie to samo to ruch – i że bez pierwszego możemy życ, lecz bez drugiego: nie. Ruch to jest coś, co sobie sami organizujemy na co dzień (lub nie) prowadząc taki, a nie inny styl życia. Codzienne nawyki. Powtarzalne czynności. Mimo, że uczę pilatesu, który kocham miłością bezbrzeżną, to zdaję sobie doskonale sprawę, że to TYLKO trening. Aczkolwiek to właśnie pilates uświadomił mi, jak bardzo potrzebuję ruchu w swoim życiu (poza ćwiczeniami) i nakłonił do zmiany wielu nawyków. „Ale o czym ty mówisz?” – pytacie. Ano o tym, że nawet jeśli ktoś poświęci godzinę w tygodniu na jakikolwiek trening, a poza tym 95% czasu będzie spędzał stacjonarnie, to i tak niewiele zmieni. Może trochę i na pewno lepiej chodzić na jakieś zajęcia niż nie chodzić (a najlepiej do tego uprawiać jakiś sport). Jeśli jednak nie masz czasu bądź zasobów finansowych na uczestnictwo w treningach – nie martw się. Pamiętaj, że równie dobrze zadbasz o swoje zmęczone czy przeciążone plecy odkładając przysłowiowy grosz do grosza. Chodzenie jest oczywistą oczywistością, ale pomyśl też, ile możliwości ruchu masz tak naprawdę we własnym domu. Przywykliśmy myśleć o ruchu wyłącznie w kategoriach ćwiczeń bądź treningów lub sportu – słowem czegoś tak zwanego dużego. Zapominamy, że nasze ciało „żyje” głównie dzięki mikroruchom, które nie są tak spektakularne, ale bardzo nam potrzebne na co dzień. Przykład? Wiele osób na zajęciach grupowych ma obecnie problem z utrzymaniem pozycji w klęku podpartym ze względu na ból nadgarstków. Powszechna opinia jest taka, że jest to wynikiem głównie siedzenia przy komputerze i klikania myszką. Też. Jednak pomyślcie, ile czynności kiedyś wykonywały rękami nasze babcie (a nawet mamy!) zapewniając odpowiednią ruchomość nadgarstkom, a ile my wykonujemy obecnie.  Zmywanie oddaliśmy zmywarkom, ucieranie ciasta czy ubijanie jajek- robotom kuchennym. Szmaty nie wyżymamy, bo korzystamy z mopa. Okna myjemy specjalnymi myjkami. I tak dalej, i tak dalej. Przykłady można by mnożyć. Nie obciążamy wystarczająco naszych nadgarstków na co dzień – podobnie jak wielu innych stawów i kości – i staliśmy się przez to słabsi.

„To co? Mam teraz rzucić wszystko w cholerę, wyjechać w Bieszczady i życ jak praczłowiek, bo to będzie zdrowe?” Absolutnie nie. Namawiam tylko do zmiany pewnych nawyków i do ŚWIADOMEGO organizowania sobie tego ruchu w ramach naszych możliwości. Jeśli więc narzekasz, że nie masz czasu na chodzenie na jakiekolwiek zajęcia, może posiedź czasem na podłodze zamiast na kanapie (wiem, jest niewygodnie, pozycje trzeba zmieniać co chwilę, ale właśnie tego potrzebują nasze biodra), od czasu do czasu zrezygnuj z auta i pójdź do najbliższego sklepu na piechotę. Raz na parę dni przykucnij i zamieć podłogę szczotką i szufelką. Czasem zrezygnuj z pani od sprzątania, a czasem zdejmij ulubione szpilki na rzecz płaskiego obuwia. Na placu zabaw spróbuj powisieć na drabinkach razem z dzieckiem, w domu wykonaj parę przysiadów. Przeciągaj się po obudzeniu.  Tak naprawdę większość obowiązków okołodomowych, które wydają się czasem karą niebos jak na przykład pielenie własnego ogródka, są bardzo dobrym  i potrzebnym nam ruchem! Prawdę mówiąc dla mnie samej często to jedyna motywacja, by je wykonać:-) Pamiętaj: z ruszaniem się jest jak z dietą. Jeśli tylko raz w tygodniu spożyjesz jeden naprawdę zdrowy posiłek, a resztę tygodnia wypełnisz żołądek niskiej jakości jedzeniem, to i tak można powiedzieć, że odżywiasz się niezdrowo. Więcej dla swojego zdrowia robią mamy małych dzieci, które spacerują dziennie z wózkiem parę kilometrów, noszą, dźwigają, sprzątają zabawki, bawią się z dziećmi w piaskownicy, biegają za nimi na placach zabaw itp. niż pan, który w biurze spędzi 10h za biurkiem, a wieczorem „powyciska” przez godzinę na siłowni. Tylko niestety żyjemy w takim społeczeństwie, które wmówiło tej biednej mamie, że ona nic dla swojego zdrowia nie zrobi, jeśli nie zapisze się na zajęcia „trening dla mam” lub „płaski brzuch”. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia chęci tej mamy oderwania się od domu, dziecka i wyjścia z domu, ale to już oddzielny temat…