Powrót do korzeni, czyli pilates klasyczny

Trzeba to powiedzieć wyraźnie: Joseph Pilates nigdy nie prowadził zajęć grupowych. Klient, który przychodził do jego słynnego nowojorskiego studia otrzymywał indywidualny zestaw ćwiczeń. Trening nie ograniczał się wyłącznie do maty. Pilates pracował głównie na specjalnie zaprojektowanych przez siebie maszynach (często stworzonych również dla konkretnych osób), a ćwiczenia na macie były zaledwie fragmentem tej pracy. Gdy zaś przekazywał wiedzę swoim następcom nie było podręczników czy egzaminów. Jego uczniowie spędzali w studio czasem kilka lat obserwując, asystując, praktykując, zanim sami stali się nauczycielami. Pierwszą oficjalną szkołę na masową skalę zapoczątkowała Romana Kryzanowska, ale pomimo sformalizowania edukacji, pierwotne założenie było niezmienne: nauka musi odbywać się w żywym studio, musi być rozłożona w czasie i musi obejmować pracę na wszystkich sprzętach, które stworzył Pilates równolegle. Nie można się uczyć oddzielnie ćwiczeń na macie, oddzielnie na reformerze, oddzielnie na pozostałych maszynach etc. Pilates to system, a nie zbiór ćwiczeń. Wiele lat później uczeń Romany ukuł termin „pilates klasyczny”, który funkcjonuje do dnia dzisiejszego.  W dużym skrócie i ogólnieniu można więc podsumować, że pilates klasyczny to taki, który stara się jak najwierniej odzwierciedlić filozofię pracy Josepha Pilatesa. U jej podstaw leżała praca na maszynach napędzanych sprężynami, a wysiłki koncentrowały się na rozwiązaniu problemów pojedynczego człowieka poprzez odpowiednie dobranie repertuaru dostosowanego do jego potrzeb („teach the body in front of you”). Pomimo upływu lat i wielu zmian w metodyce nauczania pilatesu, szkoła Romany nadal wierna jest pierwotnemu podejściu, które brzmi mniej więcej tak: jeśli chcesz być dobrym nauczycielem pilatesu, musisz spędzać czas w studio i obserwować pracę swoich mentorów. Nie da się tego zrobić w ciągu 2-3 weekendów (wtedy zresztą klienci do studia najczęściej nie przychodzą:-P). Edukacja trwa co najmniej rok i tego właśnie należy oczekiwać będąc w The Pilates Studio 1994 w Hadze. Żadnych lekcji przez skype. Żadnego e-learningu i pracy zdalnej. Joseph uczył Romanę, Romana Marjorie Oron, a ja teraz chcę uczyć się od Marjorie Oron.

Kręg po kręgu…czyli daj sobie czas.

Jednym z powodów, dla których lubię rozpoczynać nowe grupy jest obserwowanie efektów działania ćwiczeń Pilatesa. Nie podczas pierwszych kilku zajęć – bynajmniej. Widzę je porównując osoby, które dopiero zaczynają z tymi, które ćwiczą pilates rok lub dlużej. Na poziomie świadomości ciała, kontroli ruchu, umiejętności – różnice są ogromne. Uśmiecham się wtedy do siebie w duchu i cieszę, że mam przyjemność obserwować jak bardzo ludzie i ich ciała się zmieniają. Uśmiecham się równie mocno, gdy słyszę od grup początkujących, że coś jest niemożliwe do wykonania i że nigdy tego nie zrobią.

Część osób, które rozpoczyna swoją przygodę z pilatesem zostaje na dłużej, a część odchodzi. Z różnych powodów – ostatecznie nie każdy pokocha tę metodę. Jest też taka grupa osób, która odchodzi głównie dlatego, że spodziewała się szybkich efektów i łatwego, przyjemnego treningu. W zamian dostała dziwne ćwiczenia, których nie rozumie oraz panią prowadzącą, która w ich mniemaniu czepia się szczegółów. Szybko pojawia się zniecierpliwienie i frustracja: „nie umiem”, „nie wychodzi mi”, a wkrótce potem przekonanie: TO NIE DLA MNIE.  To właśnie tym „niecierpliwcom” chciałabym dedykować dzisiejszy wpis😊.

Jest taka wskazówka, którą słyszą wszyscy uczestnicy zajęć: kręg po kręgu. Chodzi w niej o powolny, stopniowy ruch kręgosłupa, dzięki któremu staje się on bardziej elastyczny. „Kręg po kręgu” jest trochę jak znak rozpoznawczy pilatesu. Dla mnie osobiście przywodzi na myśl to, co w tej metodzie najistotniejsze: zdobywanie sprawności krok po kroku. Gdyż nie od razu Rzym zbudowano, a trening czyni mistrza😊

Dlatego, jeśli rezygnujesz, bo wydaje ci się, że nie potrafisz, nie łapiesz i ci nie wychodzi, pamiętaj: daj sobie czas. Bądź cierpliwa. Rób tyle, ile możesz danego dnia. Pilates to nauka ćwiczeń i prawidłowego ruchu, ale jednocześnie nauka odpuszczania samemu sobie („Jest ok, że czegoś nie potrafię jeszcze zrobić.” „Jest ok, że mi nie wychodzi”). Uczy wytrwałości. Dochodzenia „kręg po kręgu” do celu. Zaczynając treningi, nie porównuj się do innych, a tym bardziej do osoby prowadzącej. Nie oczekuj, że od razu opanujesz rzeczy, które ktoś robi od kilku czy kilkunastu lat. Trzeba włożyć sporo wysiłku i pracy w to, by zmienić wieloletnie zaniedbania i złe nawyki. Otworzyć się na nowe i pozwolić sobie na uświadomienie słabych punktów, nad którymi trzeba pracować. Jest to trudne w świecie, który nastawiony jest na perfekcjonizm, idealnie zbudowane ciało, a przede wszystkim szybkie efekty. Niestety (a może właśnie całe szczęście!) w pilatesie nie ma drogi na skróty. Tu każdy ma swoją robotę do zrobienia. Warto uzbroić się w cierpliwość, bo zmiany nadejdą. Dla niektórych być może niezauważalnie, ale to właśnie kolejna grupa początkująca najbardziej unaocznia, jak duże to są zmiany. Dlatego: daj sobie czas. Tylko tyle i aż tyle.

Czy ćwiczy z nami instruktor?

Dziś chciałabym napisać kilka słów na temat jednej z kluczowych różnic pomiędzy grupowymi zajęciami pilates a innymi treningami. Po czym poznać, właściwie już od samego początku, że  uczestniczysz właśnie w zajęciach pilates? Nauczyciel rozpoczyna wydając instrukcje, co po kolei masz robić, jednak z niepokojem zauważasz, że nie pokazuje jak (o zgrozo!). Rozglądasz się nerwowo po sali, obserwując co robią inni, czujesz się niepewnie, z niecierpliwością czekasz, aż prowadzący sam zacznie ćwiczyć, by móc go naśladować. Tymczasem, ku twemu wielkiemu zdziwieniu, jesteś zdany głównie na jego głos, bo prowadzący – owszem – od czasu do czasu coś pokaże, ale głównie dogląda uczestników i poprawia ich ustawienie.

Otóż właśnie o to chodzi w pilatesie. O to, byś znalazł ruch w sobie. Byś ślepo nie naśladował innych, w tym instruktora, tylko odkrył własną wersję ćwiczenia (u ciebie może ono wyglądać zupełnie inaczej niż u niego). Pilates należy do treningów z kategorii „body-mind”. To oznacza, że pracuje się na nim w sposób szczególny nad połączeniem ciała z umysłem. Nauczyciel najczęściej jakąś część ćwiczeń pokazuje (wszystko zależy od grupy i zaawansowania uczestników), jednak jeśli będzie się go cały czas wyłącznie kopiować, nigdy nie zdobędzie się szansy, by „skontaktować się” z własnym ciałem i wsłuchać w jego potrzeby. Nota bene, właśnie między innymi z tego powodu pracujących metodą pilates nazywa się nauczycielami, a nie instruktorami. Uczymy ludzi świadomości ciała i tego, nad czym i w jaki sposób należy pracować, by poczuć się lepiej; tłumaczymy, co i kiedy powinno się ruszać, a co pozostać stabilne. Zależy nam, by ćwiczący koncentrowali się na sobie, a nie na odtworzeniu kształtów prowadzącego, którego widzą w lustrze.

Zatem jeśli z jakichś powodów zdecydowałeś się wybrać pilates spośród innych zajęć, bądź przygotowany na to, ze nie będą to kolejna zajęcia, na których beztrosko poruszasz nogą w rytm muzyki. Nie bądź podirytowany, że prowadzący każe ci myśleć i nie ćwiczy z tobą ręka w rękę.  Przygotuj się na pełną koncentrację od samego początku, na obudzenie własnej wyobraźni, być może na naukę nazw ćwiczeń, a już na pewno na obserwację tego, co robi twoja miednica, kiedy unosisz nogę do góry.  To długa i nigdy nie kończąca się podróż w głąb samego siebie, której efekty mogą mieć wpływ na wiele sfer twojego życia.

Ciągle te same ćwiczenia??

Na moich porannych zajęciach padło dziś pytanie, czy zajęcia pilates to ciągle te same ćwiczenia. Zainspirowało mnie to do napisania paru zdań. Być może są osoby, którym ta wiedza się przyda przed pójściem na pierwszy trening (mowa o zajęciach grupowych, bo zajęcia indywidualne to trochę inna para kaloszy):
? tak, pilates to pewien określony zestaw ćwiczeń
? Joseph Pilates stworzył ich 34 na macie, ale późniejsze szkoły zaczęły te ćwiczenia nieco rozbijać na mniejsze kawałki, tworzyć wariacje etc, więc finalnie może być ich więcej, nie mniej jednak to nadal pewien zamknięty zbiór
?ćwiczenia zostały tak wymyślone, by obudzić do życia każdy kawałek ciała, poruszyć wszystkie ważniejsze stawy w ciele, zapewnić mobilność, siłę, elastyczność, tam, gdzie ich brakuje.
?ćwiczenia zostały tak wymyślone, by działać jak papierek lakmusowy i pokazać, gdzie i jak bardzo tej mobilności, siły i elastyczności brakuje (pokazać zarówno osobie ćwiczącej, jak i nauczycielowi?)
?ćwiczenia zostały tak wymyślone (i znowu się powtórzę), że trzeba od kilku do kilkunastu lat, by opanować go do takiego stopnia i z taką techniką, jaką założył stwórca, więc nie martwcie się: starczy na wiele wiele zajęć…???
Naturalnie w zależności od miejsca, szkoły i stylu prowadzenia można urozmaicać ćwiczenia różnymi przyborami typu piłki, taśmy, rollery (które czasem ułatwiają, a czasem utrudniają zadanie), czasem można łączyć dwa ćwiczenia w jedno, czasem dla konkretnych potrzeb zmieniać i modyfikować. Ale jest pewien zestaw ćwiczeń podstawowych, które powinny się pojawiać na każdych zajęciach i które każda “pilatesująca” osoba powinna przynajmniej kojarzyć (jeśli nie z nazwy, to przynajmniej z formy). Jeśli nie kojarzy- należy się zastanowić, czy chodzimy na zajęcia pilates czy trening ogólnorozwojowy. Nie ma innej drogi do wzmocnienia, sprawności, rozwiązania problemów w ciele (jakikolwiek ten cel treningowy by nie był) niż pchanie przysłowiowego Syzyfowego głazu pod górę. On czasem stoczy się parę metrów w dół, ale przy odrobinie wytrwałości i regularności generalnie kierunek jest ku górze:-) Osiągnięcie perfekcji uważam już za sprawę dyskusyjną, bo nie w każdego przypadku będzie to możliwe:-P To dzięki rutynie i powtarzalności rodzi się postęp i zmienia ciało (a czasem i umysł). Na pierwszych zajęciach coś jest nieosiągalne, a po kilku – ot i niespodzianka! Technika pilatesowa jest wymagająca i trudna, warto ją zgłębiać, warto zaufać metodzie, która pomogła tysiącom ludzi na całym świecie. Warto z pokorą po raz enty wykonać tę samą “setkę”, choć ona nigdy dwa razy taka sama nie bywa….

Ale ja nie mam czasu na trening!

Często tak czujecie? Ja często słyszę podobne stwierdzenia kobiet, które bardzo chciałyby chodzić na moje czy jakiekolwiek zajęcia chociaż raz w tygodniu, jednak obowiązki im na to nie pozwalają. Rozumiem – sama jestem mamą dwójki dzieci i wiem, jak wygląda dzień kogoś na etacie i związana z domem logistyka. W takich wypadkach staram się zawsze uświadamiać, że trening to nie to samo to ruch – i że bez pierwszego możemy życ, lecz bez drugiego: nie. Ruch to jest coś, co sobie sami organizujemy na co dzień (lub nie) prowadząc taki, a nie inny styl życia. Codzienne nawyki. Powtarzalne czynności. Mimo, że uczę pilatesu, który kocham miłością bezbrzeżną, to zdaję sobie doskonale sprawę, że to TYLKO trening. Aczkolwiek to właśnie pilates uświadomił mi, jak bardzo potrzebuję ruchu w swoim życiu (poza ćwiczeniami) i nakłonił do zmiany wielu nawyków. „Ale o czym ty mówisz?” – pytacie. Ano o tym, że nawet jeśli ktoś poświęci godzinę w tygodniu na jakikolwiek trening, a poza tym 95% czasu będzie spędzał stacjonarnie, to i tak niewiele zmieni. Może trochę i na pewno lepiej chodzić na jakieś zajęcia niż nie chodzić (a najlepiej do tego uprawiać jakiś sport). Jeśli jednak nie masz czasu bądź zasobów finansowych na uczestnictwo w treningach – nie martw się. Pamiętaj, że równie dobrze zadbasz o swoje zmęczone czy przeciążone plecy odkładając przysłowiowy grosz do grosza. Chodzenie jest oczywistą oczywistością, ale pomyśl też, ile możliwości ruchu masz tak naprawdę we własnym domu. Przywykliśmy myśleć o ruchu wyłącznie w kategoriach ćwiczeń bądź treningów lub sportu – słowem czegoś tak zwanego dużego. Zapominamy, że nasze ciało „żyje” głównie dzięki mikroruchom, które nie są tak spektakularne, ale bardzo nam potrzebne na co dzień. Przykład? Wiele osób na zajęciach grupowych ma obecnie problem z utrzymaniem pozycji w klęku podpartym ze względu na ból nadgarstków. Powszechna opinia jest taka, że jest to wynikiem głównie siedzenia przy komputerze i klikania myszką. Też. Jednak pomyślcie, ile czynności kiedyś wykonywały rękami nasze babcie (a nawet mamy!) zapewniając odpowiednią ruchomość nadgarstkom, a ile my wykonujemy obecnie.  Zmywanie oddaliśmy zmywarkom, ucieranie ciasta czy ubijanie jajek- robotom kuchennym. Szmaty nie wyżymamy, bo korzystamy z mopa. Okna myjemy specjalnymi myjkami. I tak dalej, i tak dalej. Przykłady można by mnożyć. Nie obciążamy wystarczająco naszych nadgarstków na co dzień – podobnie jak wielu innych stawów i kości – i staliśmy się przez to słabsi.

„To co? Mam teraz rzucić wszystko w cholerę, wyjechać w Bieszczady i życ jak praczłowiek, bo to będzie zdrowe?” Absolutnie nie. Namawiam tylko do zmiany pewnych nawyków i do ŚWIADOMEGO organizowania sobie tego ruchu w ramach naszych możliwości. Jeśli więc narzekasz, że nie masz czasu na chodzenie na jakiekolwiek zajęcia, może posiedź czasem na podłodze zamiast na kanapie (wiem, jest niewygodnie, pozycje trzeba zmieniać co chwilę, ale właśnie tego potrzebują nasze biodra), od czasu do czasu zrezygnuj z auta i pójdź do najbliższego sklepu na piechotę. Raz na parę dni przykucnij i zamieć podłogę szczotką i szufelką. Czasem zrezygnuj z pani od sprzątania, a czasem zdejmij ulubione szpilki na rzecz płaskiego obuwia. Na placu zabaw spróbuj powisieć na drabinkach razem z dzieckiem, w domu wykonaj parę przysiadów. Przeciągaj się po obudzeniu.  Tak naprawdę większość obowiązków okołodomowych, które wydają się czasem karą niebos jak na przykład pielenie własnego ogródka, są bardzo dobrym  i potrzebnym nam ruchem! Prawdę mówiąc dla mnie samej często to jedyna motywacja, by je wykonać:-) Pamiętaj: z ruszaniem się jest jak z dietą. Jeśli tylko raz w tygodniu spożyjesz jeden naprawdę zdrowy posiłek, a resztę tygodnia wypełnisz żołądek niskiej jakości jedzeniem, to i tak można powiedzieć, że odżywiasz się niezdrowo. Więcej dla swojego zdrowia robią mamy małych dzieci, które spacerują dziennie z wózkiem parę kilometrów, noszą, dźwigają, sprzątają zabawki, bawią się z dziećmi w piaskownicy, biegają za nimi na placach zabaw itp. niż pan, który w biurze spędzi 10h za biurkiem, a wieczorem „powyciska” przez godzinę na siłowni. Tylko niestety żyjemy w takim społeczeństwie, które wmówiło tej biednej mamie, że ona nic dla swojego zdrowia nie zrobi, jeśli nie zapisze się na zajęcia „trening dla mam” lub „płaski brzuch”. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia chęci tej mamy oderwania się od domu, dziecka i wyjścia z domu, ale to już oddzielny temat…

Dla kogo trening na reformerze?

Zacznijmy od początku. Reformer to takie łóżko ze sprężynami, które zostało zaprojektowane przez Josepha Pilatesa, by a) rehabilitować ludzi b) pomóc im szybciej i efektywniej wzmocnić ciało. Pilates szybko dostrzegł, że ćwiczenia na macie, które stworzył są trudne, nie wszyscy potrafią je wykonać (a szczególnie ci, którzy przychodzili do jego studia z konkretnymi kontuzjami). Reformer okazał się cudownym rozwiązaniem. Piszę o tym dlatego, że gdy opowiadam o zaletach treningu na tej niepowtarzalnej maszynie, zdarza mi się słyszeć dziwne zdania w stylu: “eeee, to nie dla mnie…jestem za słaba” lub “na razie ćwiczę na macie, jeszcze nie jestem gotowa/y na reformer” lub też “nie mam tyle siły, nie poradzę sobie..”. W świetle tego, co napisałam powyżej stwierdzenia te brzmią absurdalnie. Reformer jest częścią metody pilates – jeśli uważasz, że nie jesteś na niego gotowa/gotowy, to tak jakbyś nie był gotowa/y na pilates (a każdy jest, reszta jest kwestią chęci). Jeśli uważasz, że masz słabe ciało (cokolwiek to znaczy:-), to reformer jest właśnie dla Ciebie! Nie bój się sprężyn, one dostosują się do Ciebie – nie odwrotnie. Co więcej – reformer daje dużo więcej możliwości ćwiczeń niż daje mata. Często to właśnie na reformerze (lub innym pilatesowym sprzęcie) następuje ten przełomowy moment, w którym zaczynamy nagle rozumieć, o co TAK NAPRAWDĘ w tym pilatesie chodzi: że jest jakiś opór, że jedna część ciała ciągnie w jedną stronę, a druga może w drugą, że nagle uruchamiają się takie części ciała, które do tej pory na macie słodko spały lub że zaczynamy je aktywnie kontrolować… (Może się też okazać, że nagle mata stanie się o niebo łatwiejsza:-) Reformer w cudowny sposób buduje świadomość ciała. Poczujesz wyraźnie, jak inaczej pracuje lewa i prawa strona ciała i dlaczego właśnie to prawy bark Ci doskwiera. Zakończyłeś rehabilitację z fizjoterapeutą i potrzebujesz dalszej pracy nad wzmocnieniem kolana? Reformer jest dla Ciebie! Chcesz odzyskać kontrolę nad swoim ciałem, ale nie lubisz ćwiczyć na salach z innymi i fitness Cię nudzi – spróbuj treningu na reformerze! Jakiekolwiek są Twoje potrzeby treningowe – reformer może wyjść im naprzeciw. Bo to nieprawda, że to jest sprzęt wyłącznie dla atletów. To jest sprzęt dla każdego. W równym stopniu dla osób, które jeszcze nigdy nie ćwiczyły pilatesu, co dla tych, którzy już swoje pierwsze kroki w metodzie postawili. W myśl zasady: od zera do bohatera:-) Spróbuj. Nie jesteś ani za stary, ani za słaby. Tu pozwolę sobie na angielszczyznę i mam nadzieję, że zostanie zrozumiana: “You don’t have to be great to start, but you have to start to be great”.